22 czerwca 2006 r. Wojtek Jazdon wyruszył na kolejną wyprawę. Właśnie w tej chwili opływa kajakiem Bornholm - leżącą na Morzu Bałtyckim, duńską wyspę. Oddalona o 100 km od północnego wybrzeża Polski wyspa posiada 158 km długości linii brzegowej i 588 km2 powierzchni.
Więcej informacji o Bornholmie na stronie: www.bornholm.modos.pl .
Korzystając z archiwum Wojtka wybrałem dwa moim zdaniem najciekawsze artykuły opisujące Jego pasję podróżniczą i wieloaspektowy imperatyw podejmowanych przez niego wypraw.
WAŻNIEJSZE WYPRAWY WOJCIECHA JAZDONA
1. 1994 r. - drugie polskie przejście, wspólnie z Wojciechem Moskalem zamarzniętej Zatoki Botnickiej. Trasa długości około 200 km została pokonana w niecałe 10 dni
.
2. 1994 r. - Ukraina - przejście grani Czarnohory i wejścia na najwyższe wzniesienia w Gorganach.
3. 1995 r. - pierwsze polskie zimowe przejście, wspólnie z Tomaszem Schrammem Islandii. Trasa długości około 400 km została pokonana w 24 dni.
4. 1996 r. - zimowe wejścia na dwa najwyższe szczyty w Czarnohorze - HOWERLĘ i PIETROSA.
5. 1997 r. - pierwsze światowe dwukrotne trawersowanie Spitsbergenu. Uczestnicy wyprawy - Wojciech Jazdon, Wojciech Moskal, Tomasz Schramm, Andrzej Śmiały. Trasę długości około 1100 km pokonano w 55 dni. W trakcie wyprawy dokonano pierwszego polskiego zimowego wejścia na górę na Spitsbergenie - Newtontoppen.
6. 1998 r. - Alpy - wejście na MOUNT BLANC.
7. 1999 r. - Dolomity - wejścia na dwa najwyższe szczyty - MARMOLADĘ i CIVETTĘ.
8. 2000 r. - pierwsze polskie zimowe przejście z Arktyki Kanadyjskiej na Grenlandię północno-zachodnią. Uczestnicy wyprawy - Wojciech Jazdon, Jacek Jezierski, Wojciech Moskal, Adam Wajrak. Trasę długości około 400 km pokonano w 27 dni.
9. 2001 r. - przejście największego lodowca w Europie i trzeciego co do wielkości na Świecie - Vatnajökull. Wejście na najwyższą górę Islandii Hvannadalshnúkur.
10. 2002 r. - Ukraina - spłynięcie dwoma górskimi rzekami na Czarnohorze: Czeremosz Czarny i Czeremosz Biały.
11. 2003 r. - Wyspy Sołowieckie na Morzu Białym - Rosja.
12. 2004 r. - Norwegia - wejście na najwyższy szczyt Europy Północnej - Galdhopingen.
13. 2005 r. - Drugie polskie opłynięcie kajakami morskimi największej wyspy Archipelagu Alandzkiego -FASTA ALAND
14. 2006 r. - opłynięcie kajakiem wyspy Bornholm.
15. 2006 r. - Wyspy Owcze i Szetlandy
Dla zobrazowania jakim prestiżem charakteryzują się wyprawy Wojtka Jazdona, przedstawiam kilka fragmentów, spośród kilkudziesięciu artykułów, które ukazały się przed i po przejściu Wrzeciona Spitsbergenu w 1997 roku.
14-16 lutego 1997. Dziennik Wieczorny
"Historyczny trawers" autor: Michał Woźniak
Jeszcze nikt nie pokonał tej trasy! Bydgoszczanin Wojciech Jazdon w składzie wyprawy spitsbergeńskiej, której patronuje "Dziennik Wieczorny".
Już za kilka dni bydgoszczanin Wojtek Jazdon wraz z Wojtkiem Moskalem, Andrzejem Śmiałym i Tomaszem Schrammem wyruszą na wyprawę "Wrzeciono Spitsbergenu '97".
Polarnicy mają zamiar dokonać dwukrotnego trawersu największej wyspy archipelagu Svalbard - zachodniego Spitsbergenu. Jak ocenia "duchowy ojciec" wyprawy, znakomity polarnik - prof. Ryszard Wiktor Schramm - mają na to ogromne szanse. Przed nimi "wrzeciona" - jak nazywają swą drogę polarnicy - nie pokonał nikt !
24 luty 1997. Gazeta Wyborcza. Dodatek: "Gazeta Regionalna"
Za tydzień Wojciech Jazdon wyrusza z Bydgoszczy na pionierską wyprawę polarną. Chce pokonać tzw. Wrzeciono Spitsbergenu - około tysiąca kilometrów w lodach.
Wojtek nie pójdzie sam. Na północ wybiera się z grupą doświadczonych polarników: Wojciechem Moskalem (zdobył razem z Markiem Kamińskim biegun północny), Andrzejem Śmiałym i Tomaszem Schrammem. Planują spędzić w lodach 50 dni. Przy 30-stopniowych mrozach będą maszerować po 10-12 godzin dziennie. Na wyspę dotrą samolotem, który wysadzi ich w stolicy Longyearbyen.
4 marca 1997. Gazeta Pomorska.
"Dyrektor pomaszerował na Spitsbergen" autor: L.T.
Kilka miesięcy trwały przygotowania do kolejnej wyprawy znanego bydgoskiego polarnika, a na co dzień zastępcy dyrektora Wydziału Spraw Administracyjnych Urzędu Miasta w Bydgoszczy - Wojciecha Jazdona. W miniony poniedziałek wyruszył on na pieszą wędrówkę przez Spitsbergen. (...) Uczestnicy wyprawy pokonają na nartach około 1100 km i wejdą na najwyższy szczyt wyspy liczący 1717 metrów. Wojciech Jazdon przygotowywał się do wędrówki przez lody od kilku miesięcy. Dużo biegał i hartował organizm.
6 maja 1997. Gazeta Wyborcza. Dodatek: "Gazeta Regionalna"
"Polarny sukces bydgoszczanina" autor: (gal)
Trzem polskim podróżnikom udało się przejść po raz pierwszy w historii polskiego polarnictwa pętlę Spitsbergenu. Polarnicy, wśród których był bydgoszczanin Wojciech Jazdon dwukrotnie przemierzyli wyspę i w czasie 55 dni pokonali grubo ponad tysiąc kilometrów. Pierwszy etap podróży przyszło im pokonywać w temperaturze poniżej minus trzydziestu stopni Celsjusza.
12 maja 1997. Dziennik Wieczorny
"Po raz pierwszy na świecie ! Dwa miesiące wśród lodów" autor: Michał Woźniak
Znakomity bydgoski polarnik, Wojciech Jazdon powrócił pod koniec ubiegłego tygodnia z dwumiesięcznej wyprawy na Spitsbergen. Celem ekspedycji (...) było dwukrotne trawersowanie największej wyspy archipelagu Svalbard - Zachodniego Spitsbergenu. Polacy dokonali tego jako pierwsi na świecie!
11 lipca 1997. Gazeta Pomorska
"Pokonać Spitsbergen"
autor: Michał Woźniak (po wysłuchaniu wyprawowych wspomnień Wojtka Jazdona)
Już blisko dwa miesiące minęły od powrotu znakomitego bydgoskiego polarnika Wojciecha Jazdona ze Spitsbergenu. Celem ekspedycji, w której oprócz bydgoszczanina wzięli udział Tomasz Schramm, Andrzej Śmiały i zdobywca bieguna północnego - Wojtek Moskal, było dwukrotne przejście największej wyspy archipelagu Svalbard - Zachodniego Spitsbergenu. Polacy dokonali tego jako pierwsi w świecie.
Powoli mijają już emocje związane z ekspedycją. Tylko wywołane niedawno zdjęcia przypominają o chwilach spędzonych gdzieś tam, wśród lodów i śniegu Arktyki...
Spitsbergen to wspaniała, arktyczna przyroda, przestrzeń, niesamowite widoki i legenda, która otacza całą wyspę. Po długiej polarnej nocy, słońce pokazuje się nad horyzontem wczesną wiosną, by w marcu nie zachodzić już w ogóle. Jego blask jest zupełnie inny niż na naszych szerokościach geograficznych w południe - ostry, wieczorami - bardziej łagodny, pomarańczowy, czerwony. (...) Wiatr, szczególnie w tym rejonie pokazuje jak jesteśmy mali. (...) Miotający śniegiem w Arktyce jest tak oczywistym stanem pogody jak słońce na bezchmurnym niebie w lecie. (...) Trzeba po prostu zaprzyjaźnić się z żywiołem. (...) Podmuchy wiatru siekły twarze drobinami śniegu i lodu. Potrafiły nawet przewrócić człowieka ciągnącego sanki.
Białe niedźwiedzie widzieliśmy z daleka. Wyglądały imponująco - prawdziwi władcy śnieżnej krainy. Często naszą drogę przecinały ich ślady - czasami tak duże, że aż wzbudzały dreszcz emocji.
Staraliśmy się wszystko przewidzieć, a jednak czasem przyroda nas zaskakiwała. Jak chociażby wtedy, gdy dwójka z nas powpadała w przysypane śniegiem lodowcowe szczeliny... Już pod koniec wyprawy, kiedy dochodziliśmy do Hornsundu - fiordu, przy którym stoi stacja badawcza Polskiej Akademii Nauk - drogę zagrodziły nam upiorne, strome żleby. Pokrywał je zlodowaciały śnieg, na który spadł świeży puch. Innej drogi jednak nie było. Żleb o długości kilometra pokonaliśmy w 3 godziny 40 minut. Dodatkowym obciążeniem były sanki ze sprzętem i żywnością, które trzeba było przeciągnąć.
Po przejściu żlebu, jeszcze parujący z emocji i zmęczenia, doszliśmy do wniosku, że nie trzeba zjeść przysłowiowej beczki soli. Wystarczy pokonanie tej przeszkody.
3 czerwca 1997. Dziennik Wieczorny
"Wojciech Jazdon - Bydgoszczaninem Maja" autor: Michał Woźniak
Wojciech Jazdon, na co dzień pracownik Urzędu Miejskiego w Bydgoszczy, od święta (choć nie tylko) polarnik, członek czteroosobowej wyprawy na Spitsbergen (...) został wczoraj wybrany "Bydgoszczaninem Maja". W głosowaniu pan Wojtek pokonał dwóch innych kandydatów do tego tytułu (...) i jest trzynastym laureatem plebiscytu, którego organizatorem jest redakcja "Dziennika Wieczornego" i Pomorsko-Kujawski Klub Prywatnego Przedsiębiorcy w Bydgoszczy. Majowy laureat jest jednocześnie pierwszym zwycięzcą w drugim roku trwania plebiscytu. Swoją nagrodę odbierze wspólnie z pozostałymi tegorocznymi laureatami miesięcznych edycji w najbliższy poniedziałek, tj. 9 czerwca w Teatrze Polskim w Bydgoszczy podczas spektaklu "My fair lady".
Największe wyróżnienie jakim do tej pory został uhonorowany Wojciech Jazdon - podróżnik, członek naszej rodziny:
Proszę zobaczyć na stronie: www.kolosy.pl/laureaci.php
18 lipca 2005. "Gazeta Pomorska" (dodatek)
"Jeszcze napiszę książkę" autor: Anna Stasiewicz
Chciałby jeździć częściej, ale najważniejsza jest rodzina. - Najgorszy jest moment, kiedy wychodzę i musze zamknąć za sobą drzwi - mówi Wojciech Jazdon, prawnik, urzędnik i podróżnik.
- Pierwsza wyprawa? Chyba z rodzicami w góry. Miałem wtedy kilka lat. Zeszliśmy, a właściwe zostałem zniesiony przez Mamę albo Tatę z Kasprowego. Potem jeździliśmy jeszcze w Tatry wiele razy. Nocowaliśmy u znajomych górali na Olczy, dzielnicy Zakopanego. Dziś wiem, że było to jedno z najważniejszych miejsc w moim życiu.
Wspaniały czas
- W trzeciej klasie liceum zacząłem się wspinać. Zapisałem się do klubu wysokogórskiego i razem z kolegami wyjeżdżaliśmy na wyprawy wspinaczkowe w góry. To był wspaniały czas; z jednej strony szukanie przygody, z drugiej chęć sprawdzenia się.
- Pod koniec lat 80-tych wyjechałem za granicę do pracy. Byłem w pięciu krajach. W Anglii pracowałem m.in. na budowie i w kuchni, w Grecji zbierałem mandarynki i pomarańcze, w Niemczech sprzedawałem cukierki, a w Szwecji pracowałem na farmie. Najdziwniejsze zajęcie jakie mi się przydarzyło, to chyba rolowanie tzw. gorących ręczników w Anglii. Po wyjęciu z pralki układało się je w specjalny rulon, pakowało w folię i wysyłało do indyjskich restauracji. Wytrzymałem przy tej pracy dwa tygodnie.
- Przez moje zagraniczne wojaże zupełnie zaniedbałem wspinaczki. Ale przypadek pomógł mi chyba zrozumieć, gdzie naprawdę mnie ciągnie.
Samotny namiot
- Zimą 1990 roku pojechałem ze znajomymi w Tatry. Wtedy właśnie zachwyciłem się zimą w górach. Pierwszy nocleg - samotny namiot rozbity na jednej z przełęczy. Z jednej strony strach, że jesteśmy sami; z drugiej jednak fascynacja, że góry są całe nasze.
Od sprawdzania wytrzymałości podczas zimowych wspinaczek w górach do wypraw polarnych jest już tylko krok. Jednak o wszystkim zadecydował przypadek. - Kiedy pracowałem w Szwecji, zupełnie przypadkiem trafiłem na polską stację radiową i rozmowę z polarnikiem na temat wyprawy na Spitsbergen. A po powrocie do Polski wpadła mi w ręce książka Centkiewiczów. Pomyślałem sobie wtedy, że polarnictwo to chyba coś, co by mi odpowiadało. Lubię zimę, dobrze toleruję zimno, nie gorzej jeżdżę na nartach, z moją wytrzymałością na zmęczenie też nie jest źle. Zacząłem więc szukać ludzi, którzy na wyprawach polarnych już byli. I tak trafiłem do profesora Ryszarda Wiktora Schramma, biochemika i jednego z najlepszych polskich polarników. On z kolei dał mi telefon do Wojtka Moskala. Próbowałem go namierzyć przez półtora roku. Dzwonię raz: - Wojtka nie ma, jest na Spitsbergenie - słyszę. Kolejny telefon: -Wojtek właśnie wyjechał na Antarktydę. I tak było jeszcze chyba kilka razy.
Zwariowałem ze szczęścia
- Wreszcie udało się. Wojtek szykował właśnie wtedy wspólnie z Markiem Kamińskim pierwsze polskie przejście przez Grenlandię. Powiedział mi: -Jak wrócę, to idziemy razem. Kiedy kilka lat później zapytałem go, dlaczego wybrał akurat mnie, osobę niedoświadczoną jeżeli chodzi o takie wyprawy, odpowiedział: -Po prostu czułem, że nie odpuścisz.
Rok 1994. Wojciech Jazdon wyrusza na swoją pierwszą poważną wyprawę. Wspólnie z Moskalem jako druga polska wyprawa przechodzą zamarzniętą Zatokę Botnicką między Finlandią a Szwecją. Trasę długości 200km pokonują w niecałe 10 dni. Jazdon: -Po tej wyprawie zwariowałem, ze szczęścia. Niemal od razu miałem ochotę jechać na następną. Jeszcze w tym samym roku pojechałem na Ukrainę. Tam przeszedłem grań Czarnohory i zdobyłem najwyższe wzniesienie w Gorganach.
Polarna matura
Potem były kolejne wyprawy. Tę do Islandii wspólnie z Tomaszem Schrammem (synem profesora Ryszarda Schramma) Wojciech Jazdon nazywa "polarną maturą". -To była wyjątkowo trudna wyprawa. Przede wszystkim silne wiatry i tak zwana deklinacja. Kompas wskazywał zupełnie inny kierunek niż w rzeczywistości. W efekcie szliśmy o wiele dłużej niż zakładaliśmy, ale w końcu udało się dotrzeć do celu. Islandia zafascynowała mnie na tyle, że chciałbym tam jeszcze wrócić.
Rok 1997. Wyprawa na Spitsbergen. Jazdon: -Mało kto pewnie wie, że to Polacy jako pierwsi przeszli Spitsbergen. W 1936 roku dokonali tego Stanisław Siedlecki, Stefan Bernadzikiewicz oraz Konstanty Narkiewicz-Jotko. Ale wyprawa, w której uczestniczył Jazdon, też była wyjątkowa. Polska ekipa po raz pierwszy na świecie przeszła Spitsbergen z północy na południe i wróciła na północ po dwóch różnych trasach. -Podczas wypraw polarnych oczywiście na początku jest trudno. Daleko od domu i rodziny, temperatury kilkadziesiąt stopni poniżej zera, niedźwiedzie i kilometrowe szczeliny. Ale po pewnym czasie człowiek zaczyna się z pewnymi rzeczami oswajać, żyć w zgodzie z przyrodą, nie chce wracać do cywilizacji.
Przestałbym jeździć
-Najgorsza wyprawa? Zdecydowanie w 1998 roku. Alpy, wejście na Mount Blanc. Moja starsza córka miała wtedy 2,5 miesiąca. W dodatku już po dotarciu na miejsce dowiedzieliśmy się, że niemal przed chwilą wydarzyła się tu katastrofa. Zginęło kilkanaście osób, w tym jedna Polka.
Mimo to Jazdon zaznacza na swojej mapie wypraw kolejne daty i kolejne miejsca. Rok 1999- Dolomity, wejście na dwa najwyższe szczyty - Marmoladę i Civettę. Rok 2000 - pierwsze polskie zimowe przejście z Arktyki Kanadyjskiej na Grenlandię północno zachodnią. Rok 2001 - przejście jako pierwsza polska wyprawa największego lodowca w Europie - Vatnajökull i jednocześnie wejście na najwyższą górę Islandii Hvannadalshnvkur. Rok 2002 - spływ dwoma górskimi rzekami na Czarnohorze na Ukrainie. Rok 2003 - Wyspy Sołowieckie na północy Rosji. Rok 2004 - Norwegia - wejście na najwyższy szczyt Europy Północnej - Galdhopingen.
Moja pasja
-Mam w sobie ciekawość świata - mówi Wojciech Jazdon, kiedy pytam go o powód wypraw.
-Może to wydać się dziwne, ale ja naprawdę nie szukam ryzyka. Już się zdążyłem posprawdzać. To po prostu moja pasja. Chciałbym bardzo o tym wszystkim napisać książkę, ale ciągle brakuje czasu. Może kiedyś mi się uda.
Anna Stasiewicz
Luty 2006r. "Czwarty Wymiar"
"Czego poszukują współcześni Argonauci?" autor: Ilona Łojewska
Tak jak rozproszeni po całym Półwyspie Skandynawskim wymierający Saarowie raz do roku wędrują na daleką Północ, do ziemi swych przodków, by przeżyć smak pierwotnej wolności, tak samo Europejczycy opuszczają swój cywilizowany świat, by szukać jedności z siłami czystej Natury i Bogiem.
PODRÓŻE DO KORZENI I FASCYNUJĄCYCH TAJEMNIC
- Wolność jest wtedy, kiedy wszystko zostawia się poza sobą - mówią Saarowie i w środku lata rozpoczynają swą coroczną podróż do niedostępnych regionów na północnych krańcach Europy. Ci, którzy mieszkają wokół góry Akka, są ostatnimi koczownikami Północy i właściwie jedynymi ludźmi żyjącymi tak daleko w kręgu polarnym. Dla nich nic się nie zmieniło od kilku tysięcy lat i nadal uprawiają obrzędy szamańskie, a ich wiara ma animistyczny wymiar. Na wierzeniach przodków budują swój światopogląd, silnie związany z Naturą, a w kontakcie z nią szukają oczyszczenia i energii, która jest dla nich mocą daną przez siły wyższe.
Tego samego poszukują tu uczestnicy wyspecjalizowanych wypraw polarnych, a ostatnio i zwykli turyści, bo samolotem można tu dolecieć bardzo szybko. Wojciech Jazdon podróżowanie ma wpisane do nazwiska. Tylko jedna litera dzieli go od mitycznego Jazona, herosa z Tesalii, który udał się na daleką wyprawę do Kolchidy . Ale dla bydgoskiego podróżnika, uczestnika trzynastu różnych wypraw polarnych, górskich i kajakowych, złotym runem jest poznawanie świata, przygody, mistyczne doznania i przeżycia religijne, tak jak dla wszystkich współczesnych Argonautów. -Arktyka Kanadyjska, Spitsbergen czy Islandia - mówi - to prawdziwie legendarne krainy, w których jedni szukają przygód, a inni poddają się całkowicie jej fascynującym tajemnicom.
WYSPA MAGII I CZARÓW
Przedprożem dalekiej Północy jest Islandia, o której mówi się, ze jest wyspą czarów i magii. Baśniowy krajobraz wyspy budują kontrasty wodospadów i gorących źródeł, wulkanów i dolin wypełnionych zielenią. (...) Wyspę uznano niedawno za jeden z najmniej skażonych regionów na naszym globie. (...) - Islandia jest miejscem magicznym, a odczuwany tu mistycyzm jest jedyny w swym rodzaju. Tutaj spotkałem się sam na sam z Naturą i uświadomiłem sobie, że jej potęgi człowiek nigdy nie pokona, a jej żywioł jest czymś wyjątkowym i uczy pokory - opowiada podróżnik.
SPEŁNIENIE PRZEZNACZENIA
Wojciech Jazdon twierdzi, że musiał pojechać na Islandię. Odebrał i przeżył to uczucie w kategoriach jakiejś siły, splotu okoliczności, może nawet przeznaczenia. - Człowiek czuje, że nagle jego życie, myśli i działanie tak się układają, by dotrzeć do tego celu - wyjaśnia. - Celu, który został mu wyznaczony...
Otóż w 1994 roku, po powrocie z Zatoki Botnickiej, poczuł nagle, że chciałby pójść jeszcze dalej na Północ i pomyślał o Islandii. Tak myśląc, szedł ulicami Torunia i nagle zobaczył witrynę księgarni. Bez namysłu wszedł do niej, by zapytać o przewodnik po Islandii, chociaż nie wierzył, że go dostanie. I ku jego zdumieniu okazało się, że właśnie kilka dni temu dotarł do księgarni. Jego autor, Zdzisław Preisner - geograf UMK, mieszkał w Toruniu. Jazdon znalazł do niego telefon i zadzwonił. Od niego dowiedział się, że wkrótce przyjeżdża wybitny niemiecki znawca Islandii. -A więc to już kolejne zdarzenie prowadzące mnie na tę wyspę - opowiada pan Wojciech. - Dostawszy do niego adres, nawiązałem korespondencję. Okazało się, że był na niej kilkadziesiąt razy i kiedy powiedziałem mu, że mam zamiar przejść zimą Islandię, zdziwił się niepomiernie. Potem, też nieoczekiwanie, natknął się na informację o polskich siostrach karmelitankach w klasztorze w Hafnarfjördür, niedaleko Rejkiawiku. No i kiedy już byłem na Islandii w roku 1995, a po raz drugi w 2001, odwiedziłem siostry. Było to dla mnie wyjątkowe przeżycie. Podczas pobytu w klasztorze, modlitw i rozmów z siostrami, doświadczyłem większego otwarcia się na Boga, a obecność cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w zderzeniu z tą obcą, bo niepolską przyrodą, tym innym, północnym, surowym światem, wyzwoliła we mnie nowe odkrycie sensu religii. Rozmowy z siostrami napełniły mnie głębszą niż dotychczas duchowością i teraz, przed każdą wyprawą dzwonię do nich i proszę o modlitwę.
POD OPIEKĄ ANIOŁÓW
- Sytuacji, w których podczas podróży odczuwałem obecność aniołów opiekuńczych i Boga było bardzo wiele - mówi pan Wojciech. - Szczególnie w tych trudniejszych i ekstremalnie niebezpiecznych, zagrażających życiu chwilach. Gdyby nie wiara w to, że czuwają nade mną, byłoby bardzo ciężko. Na przykład w czasie wyprawy na Wyspy Alandzkie, leżące pomiędzy Finlandią a Szwecją, u wejścia do Zatoki Botnickiej w sierpniu 2005, mieliśmy fatalne warunki pogodowe. Pływanie w nich w kajakach morskich jest wielkim ryzykiem. Gdy z kolegami dobijaliśmy do brzegu, opowiadaliśmy sobie, ile razy każdy z nas modlił się o pomoc.
I nie może być inaczej, skoro nad bezpieczeństwem pana Wojtka czuwa Anioł osiemdziesiątego siódmego dnia roku, jakiego specjalnie namalował dla niego znany bydgoski artysta Jacek Soliński, o którym pisaliśmy w poprzednim numerze. - Pomaga mi rozwiązywać codzienne problemy, czuwa nad moją całą rodziną - mówi. - Jego namacalną obecność czuję podczas podróży.
WŚRÓD DUSZ OŻYWIAJĄCYCH PRZYRODĘ
W spotkaniach z ludnością skandynawską uderza jej wewnętrzny ład, ale dopiero poznanie Eskimosów żyjących na Grenlandii jest niczym przekroczenie bramy prowadzącej do zupełnie innego świata. - Ich życiowa filozofia - opowiada Jazdon- wprowadza nas w zupełnie inny wymiar życia. Spotkałem Eskimosów zamieszkujących osadę Siorapaluk wysuniętą daleko na północ Grenlandii. W domach, w których przebywałem, wisiały obrazy z ostatnią wieczerzą, a w małym kościółku widok ukrzyżowanego Jezusa zdumiał mnie jeszcze bardziej. Na stopach miał domalowane niebieskie skarpety, by chroniły go przed... polarnym chłodem.
Ale jednocześnie animistyczna wiara Eskimosów w egzystencję dusz, ożywiających wszystkie elementy kosmosu i przyrody sprawia, że patrząc na fenomen zorzy polarnej, nie wiadomo, czy jest to tylko zjawisko świetlne, czy też "arsarnerit", czyli "gra w piłkę", jak nazywają ją Eskimosi. Ich przodkowie uważali, że zorza to nic innego jak gra w piłkę, którą dusze zmarłych odbijają kośćmi morsów. Do dzisiaj wierzą też, że zorza pokazuje się temu, kto na nią zagwiżdże, pozwoli mu się nawet zbliżyć do siebie i zabrać z nieba. Natomiast jeśli ktoś na nią zaszczeka jak pies, przepada bez śladu. Zorza, jak żadne inne zjawisko świetlne, stwarza nastrój pełen mistyki i oszałamia ludzi tańcem kolorów, wśród których dominuje zieleń.
KTOŚ SZEDŁ OBOK MNIE
- I wtedy będąc tak zauroczony polarnym krajobrazem, odczuwam obecność Boga - mówi Wojciech Jazdon. -Jako człowiek wierzący uświadamiam sobie, że Bóg jest ponad przyrodą, że jest wszechobecny i to on decyduje o naszym losie. Kiedy piękno i cisza Natury wypełnia człowieka, gdy wieje lekki wiatr, uzmysławiamy sobie, jak wiele zawdzięczamy Bogu. Podczas wypraw silnie odczuwam Jego obecność, zwłaszcza wtedy, gdy jest mi bardzo ciężko, kiedy brakuje punktów odniesienia i oparcia.
Ale to odczuwanie odbywa się na wiele sposobów. - Parokrotnie zdarzało mi się, że czułem wyraźnie jakby ktoś szedł obok mnie, podążał razem ze mną - kontynuuje pan Wojciech. - Wiem ,ze jestem sam, ale nagle czuję po swojej stronie kogoś, kto też idzie. I wcale nie muszą to być sytuacje ekstremalne, dramatyczne. Po prostu w czasie marszu "ktoś" dołączał do mnie.
Kontakt z Bogiem podczas podróży jest mi potrzebny i nawiązuję go także poprzez modlitwę, która ma dwojaki wymiar. Z jednej strony modląc się i pokonując kolejne kilometry, w jakiś sposób wypełniam czas. Jest to metoda na jego zagospodarowanie. Z drugiej strony w tych momentach, poprzez modlitwę występuje silna z Nim łączność duchowa. Te doznania i widok pięknych krajobrazów pomagają jeszcze bardziej w odczuwaniu wiary. Tak było i podczas wyprawy do Arktyki Kanadyjskiej. Odmawianie modlitwy pomagało mi w pokonywaniu kolejnych kilometrów przez bezludne, zaśnieżone regiony tej części świata.
PRZEMIANY W ŻYCIU DUCHOWYM
Pan Wojciech przyznaje, że te podróże zmieniły wiele w jego życiu duchowym. - Przewartościowały się cele, dla których wyjeżdżam - wyznaje. - Młodzieńczą chęć poznania i sprawdzenia własnych możliwości psychofizycznych oraz stopnia odwagi, cały ten "heroiczny" kontekst zastępuje pragnienie oderwania się od codzienności, bycie w Naturze, przeżywanie przygód i poznawanie nowych obszarów. Teraz wiem, że kontakt z przyrodą w jej najczystszej postaci czyni człowieka lepszym.
Ważny dla niego jest dekalog. Służy mu jako punkt odniesienia. - Staram się na tyle, na ile potrafię, postępować zgodnie z jego przykazaniami. Wierzę też, że jeśli człowiek daje ludziom dobro, to później to wszystko do niego wraca pod inną postacią i w nieoczekiwanych sytuacjach. Powinien być jednak spełniony podstawowy warunek - trzeba mieć świadomość, że działa się z potrzeby serca, a nie w myśl zasady: jeśli będę dobry, to musi to do mnie wrócić. To jest fałszywe założenie, znajdujące się bardzo blisko egoizmu - tłumaczy podróżnik. - Człowiek powinien sam z siebie być dobry, szlachetny, uczciwy jak tylko potrafi. A to, że czasami to samo do niego wraca, to jest fantastyczne i można tylko się cieszyć.
Słuchając opowieści Wojciecha Jazdona, wierzy się, że po powrocie nie tylko roztacza wokół siebie aurę przyniesioną z tego magicznego świata, ale potrafi się nią także podzielić.
Ilona Łojewska